sobota, 7 czerwca 2014

Maraton Podróżnika


Piątek przeznaczamy na dojazd do bazy. Najpierw rowerami na stację PKP w Poznaniu, potem pociągami do Warszawy i dalej do Siedlec. Z Siedlec już na kołach do Skrzeszewa (około 40km). Możemy jechać na lekko, bo Elizium wiezie autem nasze bambetle (wielkie dzięki!). Na początku jest płasko, po zjeździe z drogi nr 698 aż do bazy są pagóreczki. Przed samą bazą - droga gruntowa. Na miejscu jesteśmy z Krzychem pierwsi i żartujemy, że oto ustaliliśmy kolejność na mecie ;). Kilka minut po nas dociera Transatlantyk. Otwieramy bramę i chodzimy po całkiem sporym ogrodzie. Wyjadamy też rosnące pod jednym z drzew poziomki ;). Nikogo poza nami tu nie ma, a jesteśmy głodni, więc wsiadamy na rowery i jedziemy na obiad do zajazdu Joker, gdzie spotykamy Eranis. Jedzenie jest dobre, ale porcje bardzo małe. Zjadam zupę kalafiorową, jedno drugie danie, potem następne drugie danie i dopiero wtedy czuję się w miarę najedzona. Popołudnie spędzamy w pokoju Eranis na bardzo wygodnych fotelach niezdrowo się odżywiając, śmiejąc się i gadając. Wieczorem pada, ale to już czas by jechać do bazy, by spotkać się ze zjeżdżającymi się osobami. Na miejscu są już między innymi Księgowi. Wkrótce docierają Waksmund z Kurierem, potem Wilk z Hipkami. Z chwili na chwilę robi się coraz tłoczniej. Wieczór mija szybko. Pora spać. Mamy namiot, ale wzięliśmy za lekkie śpiwory, więc nocujemy w budynku, na piętrze. Zasypiam prawie od razu i śpię mocnym snem aż do rana.

Tuż przed
Przed łazienką zawiązują się komitety kolejkowe. Potem śniadanie, szykowanie siebie, rowerów i jazda pod kościół. Tu dzielimy się na 3 grupy, którym szefują: Wilk, Waksmund i Transatlantyk. Założenie jest takie, że mamy spokojnie jechać w tych grupach w tempie około 25 km/h. W ten sposób maraton ma być lekki i wykonalny dla wszystkich – w szczególności dla ludzi, którym zależy na zrobieniu kwalifikacji do BBT. Mi na kwalifikacjach nie zależy, bo BBT i tak nie pojadę (ruchliwe drogi!). Dałam się skusić (tak, tak skusić :) bo.... kuszenie było skuteczne, a ja lubię długie trasy. Łapię się do pierwszej grupy, którą prowadzi Wilk. Jedzie się bardzo przyjemnie. Cały czas się obijam i cykanie swojej tylnej piasty słyszę prawie cały czas. Ach, jak cudownie lekko! Po ostatnich moich samotnych jazdach delektuję się tym obijaniem jak pysznym ciastkiem. Jest czas na śmiech i rozmowy. Kilka razy ludzie wyrywają do przodu, ale Wilk reaguje błyskawicznie i pacyfikuje odjazdy. Jestem pod wrażeniem tego, że potrafi to wszystko utrzymać w ryzach. Szybko docieramy do pierwszego miejsca postojowego. Czeka tu auto. Źle napisane: czekają tu Magfa i Michał obsługujący auto i wiozący wszystko to co my maratończycy im tam zapakowaliśmy. Dolewka wody, jedzenie, smarowanie się kremem do opalania i ruszamy dalej.

Dzida
Cały czas jedziemy spokojnym, równym tempem i jest to bardzo przyjemne. Niestety nudzić zaczyna się Krzysztof. Głośno mi ziewa nad uchem. Proponuję mu więc by poleciał za Kurierem, który często wspomina o tym, że powinna iść ostra „dzida” od startu do mety. Kurier raz po raz robi sobie sprinty i potem czeka na grupę. Krzysztof nie jest pewien czy powinien, ale uspokajam go, że przecież nie zostanę tu sama :). Leci. Po chwili wpadam na pomysł, że i ja polecę – chce mi się sikać i planuję odskoczyć trochę, zrobić co trzeba i dalej jechać już z grupą. No to dzida! Krzychu daleko, ale to nic nie szkodzi. Nogi mam już rozkręcone i samotnie po płaskim grzeję 45km/h. Chłopaków doganiam gdy stoją pod sklepem. Dalej ruszamy już razem (z sikania nici). Lecimy we trójkę. Ich tempo jest jednak dla mnie za wysokie. Utrzymuję się na kole przez jakieś 5 km i puszczam ich (wreszcie krzaki). Dochodzi potem jakiś chłopak i dojeżdżamy do Krzycha i Kuriera, którzy... czekają kawałek dalej. Pytam czy poczekamy na grupę i wtedy.... z impetem nadciąga grupa. Są tu Hipki i chyba Transatlantyk.
Ogień
Idzie prawdziwy ogień. Jak na wyścigu szosowym. Zastanawiam się co się tu dzieje. Co na to Wilk?! Wszystko dzieje się szybko. Lecimy (Hipki już poleciały). Po górkach, po płaskim non stop 34-40 km/h. To jakieś wariactwo! Przecież nie tak miało być! W lesie, gdy kończy się równa droga zwalniamy. Są tu dwie poziomki, jest też Księgowy, który mówi mi: „Kocie, masz ogień w nogach!” Ogień w nogach i ogień w sercu :). No ale to przecież nie wyścig. Mówię Krzychowi, że na najbliższym punkcie postojowym z autem zaczekam i od tej pory będę już jechała zgodnie z ustaleniami. Krzychowi podobała się szybka jazda, więc przystaje na moje oświadczenie niezbyt chętnie. Ale przystaje. Na postoju idę do Wilka i przepraszam go za swój wyskok. Cała idea jazdy grupami się niestety posypała. Niewiele mówi, ale mam wrażenie, że jest rozczarowany. W pewnym momencie ktoś zakrzykuje: „grupa 30km/h, jedziemy!”. I pojechali. My jeszcze chwilę siedzimy i też się zbieramy. Nasz grupa jest mała – kilka osób, ale aż dwie z nich mają paznokcie pomalowane mocno czerwonym lakierem ;). To Eranis i ja. Kilometry uciekają, wracają powoli dobre humory. Raz po raz mijamy kolejne, lekko spuchnięte, od (zbyt) szybkiej jazdy osoby. Niestety teraz każdy już jedzie na własny rachunek. Jest to dobre dla osób faktycznie silnych. Ci słabsi mają znacznie gorzej. A za czas jakiś będą wręcz mieli pod górę. I to dosłownie.
Księgowy
Aż do Lublina jedziemy sobie spokojnie. Turysta (jako jedyny jadący „solo”) wysłał komuś informację, że zjazd do miasta jest parszywy. Ta informacja (jeszcze na postoju) dotarła też do nas. To prawda – są muldy i trzeba uważać. Dzięki Turysto! W mieście korek, rondo. Kawałek lecę po chodniku (skąd ja znam takie akcje...). Na jednym ze skrzyżowań zostaje Eranis, czekamy więc za nią. Nie ma chyba nic gorszego niż zostawić kogoś w dużym, pełnym samochodów mieście. Cały odcinek lubliński rozprowadza Krzysztof, za mną jedzie Wilk. Ruch na drodze to nie tylko sam Lublin, ale też szosa za miastem (DK19!). Szczęśliwie jest dość szerokie, równe pobocze. Dopiero gdy odbijamy w lewo, w boczną drogę (skręt na Bychawę) oddychamy z ulgą. Znowu można pogadać i rozluźnić się. Po dłuższym odcinku pokonanym tą drogą dochodzimy samotnie jadącego Księgowego. Wygląda nieciekawie. Zapraszam go na koło, aby odpoczął i odżył. Przed Bychawą i punkcie postojowym z autem jestem już porządnie głodna.

Warkocze
Jest tu jakiś mały podjazd, tuż przed parkiem, gdzie jest punkt i ten podjazd na głodzie to mała męka. No ale daję radę. Tymczasem okazuje się, że sporo naszych zapasów już zjedliśmy. W tym momencie zostaję poratowana przez jednego z chłopaków dwoma bananami (wciągam je od razu). Mam też ochotę na Colę – nią częstuje mnie Wilk. Wilk widzi, że jestem mocno głodna, dlatego bierze dla mnie do kieszeni już dość mocno sfatygowanego pączka. Daje mi też trochę chałwy. Jest okropnie słodka, krztuszę się nią, ale pomaga mi. Na punkcie Eranis zmienia fryzurę – zaplata swoje piękne, długie włosy w warkocze. Ludzie jeszcze siedzą, tymczasem my ruszamy. Przez chwilę jedziemy razem, z Wilkiem, potem nagle on gdzieś ucieka. Nie ma go za żadnym z kolejnych zakrętów, więc dochodzę do przekonania, że to koniec wspólnej jazdy (o tym pączku pewnie zapomniał już dawno temu). W końcu od czasu rozsypki głównych grup, każdy pracuje sam. Nie jesteśmy jednak z Krzychem sami – jedzie z nami kilku chłopaków. I tak razem robimy drogę z wahadłami. Udaje się nam to prawie zupełnie płynie przejechać.
Chrząszcz brzmi w trzcinie
Wiele kilometrów dalej widzę, że z boku drogi siedzą trzy osoby w strojach BBT. To Wilk, Kurier i Waksmund. To nie do wiary – ale czekają na nas. Wkrótce zaczynają się podjazdy: Chłopków, Teodorówka, Komodzianka. Góra – dół i ładne widoki. Moja tylna przerzutka źle działa. Aby dać jedną koronkę wyżej muszę kliknąć manetką dwa razy. Wtedy łańcuch najpierw jest dwie koronki wyżej, potem (od razu) przeskakuje sam na jedną niżej. Mogę się tak bawić aż do przedostatniej zębatki. Na największą nie wchodzi wcale. No chyba, że brutalnie trzymam łańcuch na niej cały czas przytrzymując z całych sił dłonią manetkę. To nie jest miłe, ani przyjemne i nie zawsze mi wychodzi. Wszystkie podjazdy piłuję więc przepychając powoli korbę. Lewa – prawa. Z DK74 już z daleka widać wzgórze przez które będziemy musieli się przebić by dotrzeć do Szczebrzeszyna. To chyba największy podjazd maratonu. Wilk i Wax uciekają, każdy jedzie swoim tempem, w mieście jednak jesteśmy już wszyscy razem i na moją prośbą na ryneczku robimy sobie wspólną fotkę z pomnikiem chrząszcza.

Okazja do zarobku
Stąd do zajazdu Klemens, gdzie mamy zjeść obiad, jest już blisko. Razem z Krzysztofem zamawiamy kurczaka z ziemniakami i surówką. To chyba niszowe danie, bo prawie wszyscy (w tym również ci, którzy dotarli tu po nas) już jedzą, a my cały czas czekamy! Potem Krzysztof domawia sobie żurek i wspólne dla nas pierogi. Żurek przychodzi, pierogów brak. Tyle to trwa, że tracimy cierpliwość. Decydujemy się jechać. Akurat wpada tu Księgowy, więc mówię mu, by wziął moje pierogi i zjadł sobie gdy już w końcu będą gotowe. Życzę mu smacznego i wychodzę. Jedziemy niezbyt długo i zatrzymujemy się pod sklepem. Zapasy jedzenia w wozie się kończą, więc trzeba je uzupełnić. Sklep właściwie już zamykają, ale grupa robi swoje. Toż to okazja do zarobku! Jest czynne chwilę dłużej. Dla nas. Z zakupami uwijamy się szybko. Pozostaje potem tylko poczekać na auto. Chwilę czekamy. Przez tę chwilę prawie zjadają nas komary i.... mijają nas chyba wszystkie grupy. W końcu jest auto. Oddajemy napoje, jedzenie i lecimy.

Kamień i aksamit
Powoli robi się ciemno. Wilk ostrzega, że niestety podczas jazdy nocą czeka nas trochę złych nawierzchni. Wieczór przechodzi w noc. Droga faktycznie miejscami jest dziurawa. Jedziemy grupą. Grupa czasami mi ucieka. Słabo widzę w nocy i wolę nie szaleć. Dość często hamuję. Są chwile gdy grupa ucieka mi sporo. Zdaję sobie sprawę z tego, że gdy jest ciemno Krzysztof może myśleć, że „ta lampka tuż za nim” to ja.... podczas gdy to nie będę ja.... i przypadkowo mnie zostawić samą w nocy bez GPSa w miejscu, którego zupełnie nie znam. Że oni WSZYSCY mogą mnie zostawić. Ta myśl paraliżuje mnie i przyprawia o lekką panikę w tych chwilach gdy odstaję od nich. Na MP3 leci „Kamień i aksamit”. Leci prawie całą noc i uspokaja mnie: „...możesz więcej się nie bać, ja na wszystko przyrzekam, będę zawsze przy tobie...”
Mogę więcej się nie bać... Będziesz zawsze przy mnie?...

Sowa
Gdy tylko czuję, że jestem w stanie - przyciskam. Moja grupka ze mną gdzieś w ogonie raz po raz kogoś dogania. Jest ciemno - trudno powiedzieć kogo. Na odcinku do Piasków jedziemy z Krzysztofem sami. Chyba jest na mnie zły za to, że jadę pomału. Dość powiedzieć, że przez cały ten czas gdy jedziemy sami we dwójkę nie zamieniamy ani słowa i trzymamy od siebie odstęp (ja z tyłu). Odzywa się do mnie raz i chyba tylko dlatego, że widzi coś niezwykłego. Mówi: patrz, na znaku drogowym siedzi sowa. Zupełnie jej nie zauważyłam. Wspominałam już, że słabo widzę w nocy? :)

Pijak i czarodziej
To chyba było jakoś przed Piaskami (nie wiem dokładnie – ciemno było). Dojeżdżamy do jakiegoś skrzyżowania i widzę, że łazi tam jakiś facet. No pięknie – myślę sobie – pewnie pijak. Gdy podjeżdżamy bliżej „pijak” wyciąga aparat i robi fotę. Jestem mile zaskoczona – to żaden pijak, tylko Wilk we własnej osobie! Od tej pory jedziemy we trójkę. Krzychowi chyba przechodzi złość bo trzymamy się razem i nie ucieka mi. Nawet trochę gadamy. Nastroje poprawiają się szybko. Jedziemy DK12. Mimo, że to krajówka wcale nie jest źle – w końcu to noc i ruch jest mały. Próbujemy nawet ustalać kto jest za nami, kto przed nami. Za Łęczną po raz kolejny można skorzystać z wszystkich dóbr, które Magfa i Michał wiozą autem. Gdy dojeżdżamy jest tu już sporo osób. Nie wszystkich się jednak już tu spodziewaliśmy :). Niespodziewanie stwierdzam, że mam ochotę na mięso. Jest to u mnie dość niespotykane. Krzysztof do bagażu nie załadował nam żadnego mięsa. Kabanosy ma jednak Wilk i mogę się poczęstować. Jest zimno. Zimniej niż przewidywałam. Wiatrówka, którą mam na sobie przestaje mi wystarczać. Niestety nic więcej do ubrania ze sobą nie mamy. I wtedy widzę jak Wilk się przebiera. Zdejmuje wiatrówkę i zakłada jakąś inną kurtkę. W desperacji idę do niego i pytam czy mi pożyczy tę wiatrówkę. Pożycza. Wygląda więc na to, że przetrwam :). Wygląda również na to, że Wilk ma ze sobą wszystko czego mogę potrzebować. Czarodziej? Ruszamy.


Spisek i rozłam
Po około 40 km jest kolejny punkt gdzie można się posilić i obkupić – to stacja paliw w Parczewie. Hipki jadą mocno i jeśli chcę być w bazie przed nimi, to trzeba cisnąć. Albo.... zrezygnować z postojów. Gadam z Wilkiem i wstępnie ustalamy, że w Parczewie nie zatrzymujemy się, idąc dalej tym szaleńczym torem myślimy czy aż do bazy zatrzymywać się w ogóle, czy też cały pozostały odcinek łyknąć na raz. Nakręcamy się. Tymczasem Krzysztof strzela focha. Gdy na chwilę zostajemy sami zmywa mi głowę: zwariowałaś? To nie wyścig! Mówi. Próbuję się z nim  dogadać. Owszem to nie wyścig. Ale skoro jest wyraźna szansa na bycie pierwszą, to dlaczego nie spróbować? Foch na całego: Krzysztof odpala, że zatrzymuje się na stacji za te już niecałe 40 km. Wściekamy się na siebie. W tym momencie jestem tak zła, że aż niemal gotowa z tej złości olać focha i polecieć z Wilkiem. No ale wraz z kolejnymi kilometrami złość opada. Wilk dyktuje mocne tempo. Chwilami czuję, że nogi robią mi się miękkie. Przed stacją doganiamy grupę Hipków, a Wilk leci nawet na sam jej przód. Na stacji robimy postój. Jemy, robimy drobne zakupy i pijemy nawet kawę. Ruszamy przed Hipkami.

Już?
Idzie nieźle do czasu, gdy w Krzysia GPSie pada bateria. Zatrzymujemy się by ją zmienić. Podczas zmiany Hipki nas doganiają i wyprzedzają. Dlaczego zmiana tej baterii tak długo trwa?! Do diaska!! Ze złości walę ręką w siodło. Wilk pyta czy już. Ja pytam Krzycha: JUŻ? Głuchy telefon? Wilk i parę osób, które jadą z nami ruszają. Krzysztof zbiera się do jazdy. Ja też się zbieram. To są dosłownie chwile:
Wilk i chłopaki startują.
Robi się dziura.
Startuję ja.
Dziura.
Startuje Krzysztof.
Te dziury robią się coraz większe. Aż w końcu dochodzi do tego, że nie widzę nikogo przed sobą, ani nikogo za sobą.... Wilk potem czeka i dziwi się, że jestem sama. Dojeżdża Krzysztof. No to jest komplet. Jazda! Wilka roznosi energia i po jakimś czasie nam ucieka (mówi, że na chwilę).

Całą noc
Jedziemy we dwójkę. I wtedy Krzysztof przyznaje się, że źle się czuje. Po obiedzie w zajeździe zaszkodziła mu panierka. Potem już nic nie jadł i za to niejedzenie teraz płaci. Musi się źle zatem czuć od bardzo długiego czasu. Masakra: CAŁĄ NOC. A więc to nie był foch.... Zupełnie zmienia to postać rzeczy i jest mi strasznie głupio. Wszystko nieistotne. Przecież to tylko zabawa. Nich sobie Hipki lecą. W tym momencie kończę zabawę w wyścig. Odpuszczam całkowicie. Zatrzymujemy się nawet. Trochę gadamy, jemy. I lecimy. Niezbyt szybko. Ja jako pierwsza. Gdy stewardesa zakłada czapkę pilota i przejmuje ster, jest to sytuacja wyjątkowa. Lecę uważnie, często oglądam się za siebie i w razie potrzeby zwalniam. Nagle słyszę dzwonek. SMS. Jest 4.20 w niedzielę. Kto u diabła? Krzysztof stwierdza, że to zupełnie niepoważne, by ktoś pisał do mnie o tak absurdalnej godzinie. W niedzielę. Szybko wraca mi jednak przytomność umysłu. Jak to kto? KTOŚ od nas. To Wilk. Pyta co z nami. Oddzwaniam, że już po zawodach. Streszczam pokrótce co się stało i mówię, by leciał już bez nas. No chyba, że ma ochotę na zupełnego lesera. Wilk mówi, że chyba nas widzi w oddali i że poczeka. Po chwili spotykamy się. Są we dwójkę – on i Keto. Od teraz jedziemy we czwórkę. Po drodze dołączają do nas jeszcze GóralNizinny i Gabriel. W takim sześcioosobowym składzie jedziemy już aż do końca. Zgodnie z założeniami nie robimy już żadnych postojów. Końcówka lotu bez międzylądowań.

Nie dotykając ziemi
„Koty...z lekkością pokonują również duże dystanse bo są lekkie i tylko czasem dotykają ziemi...” (Wąski). Lecimy nisko nad ziemią ale jej nie dotykamy. Podwozie wysuwa się dopiero pod koniec – na dziurach. Po długim locie, długie lądowanie. Trzeba mocno trzymać stery i zapiąć pasy, bo trzęsie. A na koniec? Na koniec – jakby to powiedział Kurier: idzie ostra DZIDA! Kończymy jazdę w sprinterskim stylu. W bazie z trasy 500 jest już Turysta. I tylko on. Zupełnie dla mnie niespodziewanie jesteśmy tu jako pierwsza grupa! Mimo problemu zdrowotnego Krzysia i zupełnego odpuszczenia walki o cokolwiek. W bazie jesteśmy o 6.54. Robimy sobie wspólną fotkę, potem pijemy herbatę. 19 minut po nas dojeżdża grupa Hipków. Do bazy zaczynają się zjeżdżać kolejne osoby. Jest wesoło, miło. Jest fantastycznie.


2 komentarze:

  1. Toż cytując klasyka: "na strasznego wyszedłbym ciula, gdybym Wam tych bambetli nie wziął" :D

    Jak zwykle klasa napisane, jeździcie jak dla mnie w sposób kosmiczny ;D

    pozdrawiam, Eli

    OdpowiedzUsuń
  2. to był maraton czy jazda indywidualna na czas? Ubawiłem się czytając relacje ,, poziomych'' Fantastyczna relacja , przedni dowcip i dystans do siebie.Gratulacje za wyczyn i za pióro.

    OdpowiedzUsuń